
Jako dziecko często wyjeżdżałam z rodzicami bratem pod namiot nad rzeki i jeziora, mój tata namiętnie łowił, a my korzystaliśmy z uroków plażowania i lasu. Mama świetnie radziła sobie z naszym żywieniem choć teraz trudno mi sobie przypomnieć co jadaliśmy w drodze i na miejscu...

...Jako zawodowi turyści rodzice posiadali butlę z gazem i odpowiedni zestaw garnków wyjazdowych, aluminiowe i plastikowe talerze, które po posiłku myliśmy potem z bratem w jeziorze nacierając piachem;-)))
I działało, ach i jeszcze to wszystko wieźliśmy fiatem 126 p kolor Yellow Bahama i się mieściło razem z 4 osobową rodziną.
Teraz mamy dużo większe samochody i dużo lepsze warunki na kempingach, a jakoś niewielu z nas przychodzi do głowy by zabrać ten cały majdan i wyruszyć w Polskę.
Rok temu w głowie mojego męża zakiełkował pomysł by to powtórzyć. Pokazaliśmy naszym synom całe Polskie wybrzeże, różne plaże i ważne miejsca i to dużo niższym kosztem niż myśleliśmy.
Rodzice dysponowali oczywiście zestawem kilku namiotów w tym ruskiej zielonej pałatki z brezentu bez tropiku, ale pięknie podziękowaliśmy. Rozstawienie takiego namiotu to 2 godziny czasu to samo składanie. Nabyliśmy istne 4 osobowe cudo do rozłożenia w kilka minut. Razem z pompowaniem materacy rozstawienie biwaku zajmowało nam 10- 15 minut. Dzięki niemu mogliśmy dość łatwo zmieniać miejsca pobytu. Dzieciaki były zachwycone takim biwakowaniem, nawet nie straszne im były pająki i komary.
Ja oczywiście odpowiadałam za oprowiantowanie w drodze i wyżywienie na miejscu. Nic prostszego – tak mi się wydawało. Na pierwszy rzut poszły puszki lunch meatów - mielonki wieprzowej tłustej jak chol…. - rym do bolera;-))) z ogórkiem kwaszonym. Jak myśmy to mogli kiedyś jeść nie wiem ale atrakcja była.
Zawsze dobrze sprawiały się płatki z mlekiem i normalne kanapki z suszoną kiełbasą , pasztetem , dżemem. Żółty ser i świeża wędlinka odpada – nie przetrwa w ciągu dnia w namiocie. Sposób na masło do kanapek – stary jak świat: słoik woda i kostka masła w środku. Pamiętacie? Nic nie jełczeje i nic się nie roztapia. Na lepszych kempingach jest miejsce do gotowania i w tedy parówki lub jajecznica ale lepiej mieć swój garnek.
Na szczęście nawet w małych wioskach jest teraz dużo lepsze zaopatrzenie niż kiedyś i nie trzeba zabierać ze sobą prowiantu na cały pobyt. Pamiętam gołąbki i gulasz węgierski w słoikach poprzekładanych gazetami by nie pękły w drodze. I jeszcze weki domowej roboty. Teraz w trasie mamy hotel na hotelu i miejsc w których można zjeść na pęczki. Tutaj jedna sugestia zatrzymujemy się tam gdzie pełno ludzi nawet jeśli trzeba poczekać to wiadomo że jedzenie smaczne.
A co jak trafimy w mniej cywilizowane ostępy? Tu trzeba się wykazać zdolnościami interpersonalnymi;-) udać się do pobliskiej wioski i dowiedzieć o świeże jajka, mleko, własny biały ser, miód. Dla nas to była wioska składająca się z 4 chałup nad Bugiem. A jak nasi panowie złowili sumiki rzeczne to ognisko było i rybka była świeża pieczona nad ogniem i pieczone ziemniaki na koniec. Pycha.
Ostatnio w celu kontynuowania pomysłu wypadów weekendowych w różne rejony Polski nabyłam super garnek elektryczny, taki multigarnek w którym można zrobić jednogarnkowe dania typu makaron czy ryż z mięsem i warzywami, omlety wychodzą idealnie i na noc można nastawić własny jogurt. Dzięki niemu nie mam żadnych ograniczeń w przygotowaniu zupy czy ryby, mięsa na parze z warzywami. Boski i zajmuje mało miejsca. A i najlepsze - można w nim zrobić nawet ciasto.
Na pewno na krótkie i dłuższe wypady przyda się lodówka samochodowa. Pomoże utrzymać żywność w bezpiecznej temperaturze i zabrać nawet gotowane jajka i sałatkę z ziemniaków, lub upieczoną wcześniej tartę ze szparagami. Niezbędny również koc piknikowy i jednorazowe talerzyki, serwetki i sztućce. Mokre chusteczki do rąk i buzi. Do picia owocowa herbata w termosie, no i przede wszystkim woda. Słodkie napoje przyciągają owady ssąco kłujące, więc lepiej ich unikać.
Mam nadzieję, że Was zachęciłam, było naprawdę fajnie i inaczej niż do tej pory. No i nasi Panowie zobaczyli jak my spędzaliśmy jako dzieci nasze wakacje. Okazało się, że wcale nie mamy w domu takich mieszczuchów jak się nam wydawało, tylko żądne przygód normalne dzieci, które wcale nie tęskniły za komputerami czy telewizorem bo miały wiele innych nowych i ciekawych przygód do przeżycia.
Na koniec. Przypomniało mi się co mama gotowała na mazurach – już Wam kiedyś o tym pisałam. Raki koper i masło. Pewnie dlatego tak lubię krewetki. Raków już nie jadłam bardzo dawno.
Trzeba to będzie nadrobić w to lato.
Alicja Kalińska